by-мэню
eng-menu
ru-меню

Bykau Wasil. Dostojewski Bialorusi

O tworczosci Wasila Bykaua mowi Sokrat Janowicz - slynny bialoruski pisarz zyjacy w Polsce.

Bykau ma juz swoje lata, lecz ciagle jest literacko plodny, mimo ze poczul sie zmuszony do opuszczenia ojczyzny znajdujacej sie pod rzadami diabolicznego Lukaszenki, udajac sie razem z zona najpierw do Finlandii, a nastepnie do Niemiec. Ten byly porucznik artylerii pulkowej z czasow wielkiej wojny, cudem uratowany z ciezkich ran na polach bitew na Wegrzech i w Austrii, debiutowal dopiero na poczatku lat 60., bedac niemal czterdziestoletnim mezczyzna. Niewatpliwie sprzyjala temu slawetna odwilz, bez zaistnienia ktorej byc moze nigdy nie wzialby sie za pioro.

Chodzi o to, ze gdyby pisarstwo Bykaua zaistnialo wczesniej, nie mialoby zadnych szans na upublicznienie. Ba, groziloby zeslaniem do lagrow syberyjskich. Bykau wprost organicznie nie znosi zaklamania, ideologicznego tlamszenia jednostki ludzkiej, odstepstwa od moralnosci. W swoich utworach przedstawia prawde o wojnie znanej mu z doswiadczenia. Jedynym pozytywnym bohaterem jest zolnierz, ktory nie z wlasnego wyboru zostaje uwiklany w ekstremalne sytuacje i w iscie hamletowskie dylematy.

Tak o wojnie nikt w Zwiazku Radzieckim przed nim nie pisal. Na ogol powstawaly panoramiczne ujecia z ukazywaniem sztabow i heroicznych dowodcow czy politrukow z zolnierzami w tle. Z czasem wytworzyl sie nurt nazwany "literatura prawdy okopow", o tyle istotny, ze akcje utworow przestano ograniczac do pomieszczen sztabowych i opisow batalii wojennych, uzyczajac nieco autorskiej uwagi "zagownionym okopom i zawszonym ziemiankom".

Bykau poszedl dalej. Skupil sie na "atomie wojny", czyli na losie jednostkowego zolnierza; czasami takze na jego bezposrednich przelozonych, na sierzantach i porucznikach klepiacych te sama biede. Sztabowcy zas to inny swiat, ktory ma za nic doly armijne. W swoich analizach artystyczno-literackich Bykau osiaga wymiar uniwersalny - jakie spoleczenstwo, taka armia.

Czytajac opowiesci Wasila Bykaua, ma sie wrazenie, ze sceneria wojny jest w nich czyms drugorzednym, po prostu budulcem, ktory autor najlepiej zna i ktorym najlepiej potrafi sie poslugiwac przy wznoszeniu architektury utworu. Czy to bedzie "Zdrada", czy "Przeklete wzgorze" albo "Pulapka", "Dotrwac do switu", wzglednie "Martwi nie czuja bolu".

Nie tylko wladze rezimowe oskarzaly pisarza o czarnowidztwo. Na Bialorusi Bykau nie mial oparcia, bowiem, nie liczac przypadkow jednostkowych, nigdy nie uksztaltowal sie tam ruch dysydencki. Pisarza wspieraly kola liberalow moskiewskich, glownie z otoczenia znakomitego onegdaj miesiecznika literackiego "Nowyj Mir" Aleksandra Twardowskiego, ktory publikowal zakazane w Minsku teksty wielkiego Bialorusina. Trzeba jednoczesnie powiedziec w tym miejscu, ze wowczas Bykau byl nieomal na biezaco tlumaczony i wydawany takze w Polsce, dzieki zabiegom i autorytetowi takich pisarzy, jak Wiktor Woroszylski, Andrzej Drawicz czy Jan Huszcza. Zyskujac wrecz swiatowy rozglos, Wasil Bykau w dobie przedpierestrojkowej znalazl sie na hustawce amplitud wrogosci i umizgow wladz, probujacych uglaskac pisarza i pozyskac go dla swych celow. Ale wkrotce objawil sie Gorbaczow ze swa utopia reformowania niereformowalnego komunizmu, nadania ludzkiego oblicza nieludzkiemu ustrojowi; wtedy Bykau przemowil pelnym glosem pisarza i czlowieka. Stal sie sumieniem nacji bialoruskiej, postacia sztandarowa jako ten, ktory nigdy nie sprzeniewierzyl sie prawdzie ani slowem, ani czynem.

Niestety, Bialoruska SRR, przemianowawszy sie na niepodlegla Republike Bialorus po rozpadzie ZSRR, nie stala sie panstwem demokratycznym, lecz czyms w rodzaju resztowki poimperialnej. Nomenklatura sowiecka, doznajac okresowych porazek, jednakowoz w pelni utrzymala sie tutaj przy wladzy i zaprowadzila rzady silnej reki. Jej umocnienie dokonalo sie przed pieciu laty, zapoczatkowujac serie zabojstw politycznych oslabiajacych opozycje. Obecnie wielu jej liderow znalazlo sie na emigracji, rowniez w Polsce. Bykau schronil sie poczatkowo w Skandynawii.


W kontekscie tej sytuacji znamienny jest wyjazd z Bialorusi prezesa Zwiazku Pisarzy Bialoruskich Uladzimira Niaklajeua, najpierw do Warszawy, potem takze do Helsinek. Niaklajeu nie byl w opozycji, jednak nie mogl zniesc antybialoruskiego kursu polityki Lukaszenki zmierzajacego do calkowitego wyniszczenia jezyka bialoruskiego i zasadzajacej sie na nim kultury narodowej. Trudny to do objasnienia - na normalny rozum - paradoks, by panstwo bialoruskie dazylo do pogrzebania bialoruskosci, czyli samozaprzeczenia. Panstwo, ktore pragnie zostac kolonia innego panstwa? Wprost marzy o tym, by przestac byc soba?! Niepodleglosc, o ktora inne narody przelewaly krew przez pokolenia, na Bialorusi staje sie ciezarem niczym kamien mlynski u szyi? Jakze to wytlumaczyc? Choroba?

Bykau w niedawnym wywiadzie opublikowanym na lamach "Gazety Wyborczej" jest pelen niedobrych przeczuc. Pamietajac swe liczne rozmowy z Wasilem, te sprzed trzydziestu lat i sprzed paru, wiem, ze nigdy nie zywil on zludzen co do homo sovieticusa, znal go bowiem na wylot po probach czynienia zen pretorianina. Zachowywal sie niczym Mickiewicz w Rosji, by nie dac sie moralnie zgladzic.

Bykau zglebia przyczyny losu Bialorusi i Bialorusinow, przez co czesciej pojawia sie w jego tworczosci tematyka partyzancka, mniej znana mu z autopsji. Takze historyczna, powstancza, z lat nieudanej budowy niepodleglosci bialoruskiej po wygasnieciu pierwszej wojny swiatowej. Pisarz ma te przewage nad politykiem i jakimkolwiek prezydentem, ze to nie polityk decyduje o jego miejscu w historii. Jesli przecietny Polak postrzega dzisiaj przeszlosc kraju oczyma Henryka Sienkiewicza, to przecietny Bialorusin na pewno nie bedzie jej widzial oczyma prezydenta (nie ten talent i nie ta magia slowa).

Wspomniana "Sciana" - ow wybor ostatnio napisanych utworow, na ktorego wydanie w Minsku zlozyly sie srodowiska patriotyczne - zawiera w sobie caly atlas nieszczesc bialoruskich. Metafora tych nieszczesc jest final tytulowego utworu, w ktorym wiezien mozolnie drazy murowana sciane, by w koncu wydostac sie na wolnosc, lecz okazuje sie, ze znalazl sie na dziedzincu wieziennym, tuz pod szubienica. "Zycie w wiezieniu nie mialo sensu, podobnie jak smierc" - konstatuje autor. Czlowiek zawisl w kosmicznej prozni, w ktorej po prostu nie istnieje, mimo ze w warunkach ziemskich zyje, je i oddycha, i cos tam widzi.

Dramat dziejowy Bialorusi i Bialorusinow, stale obecny w prozie Bykaua, nie sprawia, ze jego tworczosc jest malo zrozumiala gdzie indziej. Dzieje sie wrecz odwrotnie. Pisarz pokazuje ow dramat nie tyle poprzez realia polityczne, co przez zastanawianie sie nad czlowiekiem jako takim. Przejmujaca scene zbiorowego samobojstwa bialoruskich powstancow z Brygady Sluckiej dwudziestego roku, po przegranej kampanii przeciwko bolszewikom, pisarz przedstawia bez histerii ("Na Czarnej Porebie"). Tragedia ta rozgrywa sie spokojnie, mozna by rzec - rozwaznie i logicznie. Bez wznioslych gestow, po chlopsku, rzeczowo. Kojarzy mi sie to z umieraniem mojej babci - za dnia wydala rodzinie ostatnie dyspozycje i po sprawdzeniu, ze zostaly one wlasciwie zrozumiane, po godzinie cichutko umarla. Taka smierc nie jest koncem swiata.

Bykau nie znosi iluzji, przez co zupelnie nie nadaje sie do propagandowego wykorzystania. Mimo iz jego teksty nie maja zapierajacej dech akcji, czyta sie je bez odkladania na potem. Sa one bowiem frapujaca podroza w glab duszy ludzkiej, poniekad ukazywaniem coraz innych jej krajobrazow. Mozna by go nazwac "Dostojewskim bialoruskiej literatury", o tyle jednak innym, ze nie idzie mu o psychologie bohatera literackiego w ogole, o walke dobra ze zlem, lecz o odkrywanie wielkosci i podlosci zarazem w szarym ludziku wciagnietym w kola dziejow. Wszystko zaczyna sie nieoczekiwanie. Zyl, byl sobie szaraczek, trzymajacy sie z grubsza dziesieciu przykazan, bardziej nawykowo, wedlug naturalnych instynktow moralnych. Gdy nagle pociagnely go wiry czasu i epoki, ktora z reguly niezupelnie pojmuje. Na ogol dziwi sie, a jesli poddaje sie, to bynajmniej nie z wyrachowania; po prostu nie wytrzymuje. I coz sie okazuje? W starciu jednostki ze zlem jest przewaznie przegrany. W wymiarze jednostkowym pokonywanie zla dobrem konczy sie na krzyzu. Dobro zatem wymaga ofiarnosci, poswiecenia. I w tym zawiera sie uniwersalny dramat Bialorusi - w jej poczciwej bezsilnosci wobec diabolicznej potegi. Nie musi tak byc w przyszlosci. Oto moja refleksja.

Wczytujac sie w "Sciane" Wasila Bykaua, z kazdym nastepnym tekstem popada sie nie w depresje, lecz w rosnaca zawzietosc, chec oczyszczenia. W tym tkwi niespozyta atrakcyjnosc, moc samego dobra jako antypodow antyludzkich zachowan liturgii Zla. Jest sie pod Sciana, niczym synowie Izraela.

Zrodlo: Gazeta Wyborcza z 13. 12. 2000r.

hosting provided by ext|media